Rowerem po Europie

 
 

Moje podróże

Zaczęło się niewinnie. Najpierw był mały niebieski rowerek. Z czasów gdy na nim jeździłem pamiętam, że był w kolorze niebieskim-metalik no i że wpadłem nim kiedyś w pokrzywy większe ode mnie.

Potem były Wigry 3 które moja najstarsza siostra dostała na komunię a ja odziedziczyłem go gdy ona była w wieku w którym bardziej interesowała się facetami niż rowerami. Trudno powiedzieć ile na nim przejechałem ale pamiętam, że rama była spawana bardzo dużo razy co znaczyło, że bardzo wiele przeszedł. Był to jedyny rower na świecie wyposażony opcjonalnie w kierunkowskazy zasilane z dynama. Na koniec sprzedałem go za 60 zł. To były czasy, teraz za te pieniądze można kupić samochód a GUS podaje że średnia inflacja w tym okresie osiągała pewnie średnio z 15% rocznie.

Za pierwsze zarobione własnoręcznie na zbieraniu porzeczek pieniądze kupiłem swojego pierwszego górala. To był sprzęcik, szkoda tylko, że więcej czasu spędzałem w serwisie niż na trasie. Przez 2 miesiące od zakupu miał chyba z 5 awarii. W końcu jednak wymienili w nim wszystkie najsłabsze ogniwa, łącznie z tymi w łańcuchu i mój Romet za jedyne 440 zł zaczął wreszcie hulać.

Zainwestowałem w liczniki i porządne opony Schwalbe, które wreszcie zaczeły się jaoś toczyć, fabryczne nie nadawały się do niczego, no chyba że na śnieg. Przekroczyłem magiczna granicę 100 km w czasie jednego dnia jazdy, kupiłem swoje pierwsze sakwy DUO i w drogę. Zaczęliśmy z kumplem od dwudniowego wyjazdu w Bieszczady i potem już poleciało.





Darmowy licznik odwiedzin